wtorek, 15 sierpnia 2017

The Elder Scrolls: Legends - recenzja gry

Dla tych, którzy przegapili start Hearthstone'a i nie mają ochoty gonić mistrzowskich talii wielu graczy, The Elder Scrolls: Legends wydaje się być obecnie najlepszą alternatywą. To również nostalgiczna podróż do świata Tamriel i ponowne zanurzenie się w świecie przepełnionym khajitami, nordami, czy bretończykami. Tym razem Bethesda zaserwowała nam wyborny specjał w formie żywej, fantastycznej karcianki.

Następca Duel of Champions

Po tym gdy TES:L pojawił się na platformie Steam, wiedziałem, że przy grze spędzę multum czasu. Kocham świat Tamriel, a motyw muzyczny z Morrowind po dziś dzień pobrzmiewa mi w głowie.

Pierwsze kroki stawiamy przy akompaniamencie rewelacyjnego tutoriala, przedstawionego w formie historii przetykanej pojedynkami. Co ciekawe, w miarę rozwoju fabuły dokonywać będziemy szeregu decyzji, których skutkiem będzie wygląd naszej talii. Przykładowo, po pokonaniu wilczej sfory i odnalezieniu niedaleko miejsca boju przestraszonego, małego wilka, mamy opcję zaopiekowania się bestią, bądź jego ubicia. Każda nasza decyzja zaowocuje zdobyciem karty. W tym przypadku będzie to stwór, który pomoże nam w boju, lub karta mocno ofensywna - dla tych bezlitosnych.

Walka trwa zazwyczaj poniżej 10 rund

Pod względem swej przynależności kolorystycznej, karty dzielą się na 5 rodzajów. 

CZERWONE - Siła i brutalna ofensywa
NIEBIESKIE - Magia i różnego rodzaju sztuczki
ŻÓŁTE - Cesarscy, dla tych którzy lubią przewagę liczebną
ZIELONE - Mistrzowie złodziejstwa i trucizn
FIOLETOWE - Specjaliści od wszystkiego, głównie broni

W skład tworzonej przez nas talii możemy wkładać karty maksymalnie dwóch różnych kolorów, acz nic nie stoi na przeszkodzie w skomponowaniu talii monokolorystycznej.
Osobnym rodzajem kart są uniwersalne karty SZARE, które mogą zostać dołączone do każdego decka. Zawierają one wiele cennych nabytków, które warto dołączyć niemal do każdej talii, jak np. Kamień Mundus, przyznający losowe słowo kluczowe wszystkim sworzeniom które włączamy do gry, czy też Odahviinga - smoka, który po wejściu do gry zadaje 4 obrażenia wszystkich wrogim stworzeniom (potęga!).

Jak przystało na karciankę kolekcjonerską, istnieje również podział rzadkości kart, począwszy od zwyczajnych, aż po legendarne, oznakowane złotym symbolem klejnotu na spodzie. Przy odrobinie szczęścia, zdobyty lub zakupiony booster może nas uszczęśliwić jednym z tych niezwykle rzadkich atutów.

Karta postaci z kilkoma przydatnymi statystykami

Szczegółowe wytłuszczenie wszystkich możliwych opcji w grze zajęłoby kilka stronic A4, toteż wyjaśnię jeno pokrótce co przyjdzie nam tu wyprawiać. 
Oprócz standardowych eventów w których stawiamy czoła coraz to nowszym przeciwnikom na przeróżnych - często wymyślnych - arenach, kolekcjonujemy karty (jest ich prawdziwe zatrzęsienie!), zdobywamy rozmaite tytuły, walczymy w kilku różnych trybach, gromadzimy złoto i kryształy, oraz podążamy ścieżką wyznaczoną nam przez opowiadane przy ognisku historie (story mode). 

Póki co, gra doczekała się zaledwie 2 dodatków i nadal nie jest za późno aby rozpocząć swą przygodę z tym tytułem - do czego gorąco zachęcam - oraz nie odstawać od reszty graczy. Zabawa jest doprawdy przednia!

Nagrody, nagrody, nagrody! :)

Jak to bywa z karciankami, szczęście potrafi dość mocno zamieszać w szykach, nawet w przypadku, gdy naprzeciwko mamy przeciwnika ze znacznie słabszą talią od naszej. Podczas walki, każda ze stron rozpoczyna z 30 punktami życia i 3 kartami na ręce (co turę dochodzi nam kolejna karta i tak, jest opcja mulliganu). Aby zagrać daną kartę, opłacić musimy jej koszt w punktach magii, zwiększanych co turę o 1. Cel jest oczywisty - pozbawić przeciwnika wszystkich punktów życia. Podstawowym arsenałem służącym temu celowi będą jednostki bojowe, posiadające zaledwie 2 statystyki: Atak i Obronę, aczkolwiek do uszczuplania punktów wroga możemy użyć także kart akcji, czy też wsparcia. Jeśli chodzi o plac boju, mamy tu 2 różne szeregi: taktyczny i frontowy, które różnią się wyłącznie tym, iż umieszczenie nowej jednostki w tym pierwszym, automatycznie ją ukrywa przed stojącymi naprzeciwko stworami wroga na okres jednej tury.

Nasz "licznik" życia przetykany jest co 5 punktów specjalnymi runami. W momencie gdy przeciwnik będzie pozbawiać nas życia, podczas rozbijania kolejnych run, na naszą rękę wędrować będą dodatkowe karty. Jeśli jedna z takich opatrzona jest słowem kluczowym Proroctwo, mamy opcję dołączenia jej do ręki, lub natychmiastowego zagrania "za darmo". Tym samym nadmierne szarżowanie opłacalne jest tylko i wyłącznie w przypadku talii czerwonych, nastawionych na szybką wygraną. Z jednej strony jest to zabieg bardzo ciekawy, z drugiej natomiast, dodatkowo zwiększa współczynnik szczęścia w rozgrywce. 

Podstawowy wątek fabularny jest dość długi i - co najważniejsze - absorbujący

Lvl cap, czyli maksymalny poziom postaci wbijamy dość szybko przy nazbyt intensywnej grze (jak to było w moim przypadku). Cóż więc robić po zdobyciu 50. poziomu i zmniejszeniu liczby nagród otrzymywanych po awansie? Tłuc się w jednym z trybów, rzecz jasna! Gdy już nieco oswoimy się z kartami i przygotujemy nasze talie na niespodzianki szykowane przez wroga, spróbować możemy walk rankingowych. Wspinanie się na kolejne szczebelki rankingu zaowocuje nagrodą przyznawaną pod koniec miesiąca. Jest to idealna okazja do zdobycia nie tylko złota (za nie kupujemy boostery), czy kryształów (crafting), ale i unikatowych kart.

Strategia na większość aren solo - pozwolić oponentowi na pozbycie się kart i przejść do ofensywy ;)

Ale, ale... Czy da się grać bez wydawania ani złotówki/euro/dolara/funta? Z góry trzeba ostrzec, iż gra przeciwko osobom, które zainwestowały nieco gotówki w swoje talie, w wielu przypadkach może irytować, kiedy nasz rywal zacznie szastać kartami o których my możemy jedynie pomarzyć.
Na szczęście designerzy pomyśleli również o osobach, które nie dysponują grubym portfelem, przyznając nagrody po każdych 3 wygranych walkach. Połączywszy to z bonusami otrzymywanymi po awansie na kolejne poziomy, przy odrobinie zamozaparcia i cierpliwości (a także szczęścia przy otwieraniu boosterów), jesteśmy w stanie stworzyć porządne talie nie wydając na grę ani grosza. 

Całkiem fajnie przemyślano również kwestie AFK-ersów, którzy w wielu grach są istnymi koszmarami. Po upływie czasu przeznaczonego na ruch, w kolejnej turze licznik odlicza znacznie skrócony czas. Niestety ów system gorzej wypada w momencie gdy po drugiej stronie ekranu mamy popijającego energetyka gimbazowego trolla, cierpiącego na nadmiar wolnego czasu i umilającego nam czas przez maksymalne przedłużenie czasu rozgrywki, czekając aż sami zrezygnujemy. Tacy również się zdarzają, choć nie na wyższych poziomach doświadczenia.

Wyjątkowo udany booster!

Póki co, mimo próśb wielu graczy, TES:L nie doczekało się żadnych achievementów połączonych bezpośrednio ze Steam. Imponuje jednak liczba tytułów, które możemy dowolnie zmieniać pod naszym nickiem i podejrzewam, że z czasem to właśnie one będą rajem dla łowców achievementów.

Polska wersja językowa jest fenomenalna! Środków nie szczędzono i dobór aktorów podkładających głos był jak najbardziej trafny. Co prawda znaleźć możemy kilka lapsusów, a także niefortunnych tłumaczeń jak np. ręka, przetłumaczona jako talia (!), które w czasie rozgrywki wprowadzają w błąd w czasie czytania opisu działania karty, jednak ogólna ocena lokalizacji jest jak najbardziej pozytywna.

Jak widać słodkie bułki mogą również brać czynny udział w walce! :)

Ech, gdyby tylko istniał sposób na zmniejszenie losowości, zwłaszcza po rozbiciu run, byłoby doprawdy wspaniale. Ileż to razy zdarzyło się, w krytycznym momencie rozgrywki, po upływie kilkunastu rund i ostrej wymianie ciosów, iż to właśnie ostatnia runa decydowała o mojej przegranej, bądź wygranej. Cóż, czyste szczęście, podobnie jak w momencie nagłego dociągnięcia wyczekiwanej karty. 

Przy całej swej losowości i, bądź co bądź premiowaniu graczy szaleńczo dokupujących boostery, The Elder Scrolls: Legends jest nie tylko doskonałym zamiennikiem nieodżałowanej pamięci Duel Of Champions (RIP), ale i świetną alternatywą dla Hearthstone. Pod warunkiem, że nie odstrasza Was świat Tamriel i Bethesdowa seria. 

Szybkie potyczki, cudna oprawa graficzna i dźwiękowa, świetna lokalizacja, mnóóóstwo opcji tworzenia swoich talii i niemal nieograniczone możliwości tworzenia kombosów. Pamiętajmy, że gra ma dopiero 2 dodatki i już na chwilę obecną imponuje liczbą kart i grywalnością. 
No cóż, moje 193 godziny na koncie mówią same za siebie :)
Do zobaczenia na polu bitwy!





Wymagania PC: Windows 7 lub późniejszy, Intel Pentium D/Athlon 64 X2, GeForce 6800, 2 GB RAM, 3GB miejsca na dysku    
Wymagania Mac: OS X 10.8 lub późniejszy, Intel Core 2 Duo, 2 GB RAM, 3GB miejsca na dysku    
Wymagania smartfon: minimum Android 4.0.4, minimum iOS 10.0, kompatybilność z iPad, iPhone, iPod

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz