niedziela, 8 października 2017

Owocowe Opowieści - recenzja gry

Kolejny "zielony" tytuł od Friedemanna Friese - człowieka, którego zaliczam do grona moich ulubionych projektantów gier. Tym razem na tapecie gra typu fable, czyli taka, która zmieniać się będzie wraz z upływem czasu. A o czym traktuje sama gra? O niemiłosiernie spragnionych zwierzętach, które razu pewnego postanowiły spróbować swych sił jako wyrobnicy-amatorzy, zajmując się przetwórstwem owoców, tworząc przepyszne soki. Wszak każde dziecko wie, iż w lesie pić się chce!

Ciekawe czy zwierzaki zapoznały się z technikami fermentacji ;)

Ciężkie pudło kryje w sobie setki kart, słusznego rozmiaru i okraszonych bajecznie kolorowymi grafikami. Zanim Wasze dzieci dobiorą się do zawartości, zwróćcie uwagę, aby przypadkiem nie zabrały się za tasowanie. Karty muszą być ułożone w określonej kolejności (u mnie w domu było o krok od tragedii!). Przyjemnego wrażenia całości dopełniają drewniane figurki zwierzaków, służące jako pionki. Niestety, zwierzaki nie różnią się od siebie niczym poza wyglądem. Szkoda, gdyż liczyłem choć na jedną umiejętność, którą moglibyśmy zaskakiwać przeciwników. Szczęśliwie, dobór kolorów pionów jest jak najbardziej trafny i opierający się na podstawowych barwach palety, dzięki czemu nie musimy wytężać wzroku, ogrywając tytuł w długie jesienne wieczory, przy poświacie kominka, tudzież lampkach nocnych.

Kolorowo i wesoło - dzieciaki szybko powinny dać się porwać opowieściom z zaczarowanego lasu!

Pomimo sporej ilości komponentów, grę jesteśmy w stanie rozpocząć z marszu, chwilę po jej rozłożeniu. Wszystko dzięki krótkiej, acz solidnie spisanej instrukcji, opatrzonej stosownymi przykładami i rysunkami. Jeśli zdecydujecie się na opcję umożliwiającą Wam kontynuację rozgrywki od momentu zakończenia ostatniej partii, zaopatrzcie się również w jakiś ołówek i kartkę papieru, na której będziecie zaznaczać aktualną punktację.

Rozgrywka jest prosta, aczkolwiek wymaga od gracza nieustannej uwagi i obserwowania stale zmieniającej się sytuacji na stole. Celem każdego gracza jest jak najszybsze stworzenie 4 soków, posługując się specjalnymi kartami owoców. Na początku gry wystawiamy na stół 6 malutkich stosów kart - zwanych miejscami - reprezentujących jakiś rodzaj zwierzęcia. Na każdej z takich kart  możemy wykonać jedną z 2 akcji: stworzenie soku (jeżeli mamy odpowiednią liczbę owoców danego rodzaju), lub skorzystanie z umiejętności karty na której stanęliśmy. Po stworzeniu soku bierzemy do siebie kartę na której dokonaliśmy tej akcji, a las uzupełniamy kartą ze stosu. Są one ponumerowane i zawsze idą w określonej kolejności, dzięki czemu zawsze będziemy mieli możliwość wykonania jakiejś sensownej akcji. Potasowanie kart stworzyłoby totalny chaos i doprowadziłoby do zastoju w grze który zakończyłby się zapewne przedwczesnym końcem partii.

Glosariusz tłumaczy wszelkie niejasności odnośnie tego jak działa dana karta

Nasz pion może wędrować po dowolnych miejscach, jednak stanięcie na polu z innym graczem wiąże się z uiszczeniem mu opłaty w wysokości 1 owoca. Cała rozgrywka bazuje na manewrowaniu kartami owoców - oraz stworzeniu sobie okazji do produkcji soku - które potrafią w mgnieniu oka przechodzić z ręki do ręki. Stając na polu które zapewni nam dociągnięcie kilku nowych kart ryzykujemy, iż już w następnej turze ktoś może zapragnąć ukraść nam którąś z nich, pod warunkiem że tego rodzaju miejsce znajduje się w grze. Możliwości mamy tutaj prawdziwe zatrzęsienie, a w miarę upływu czasu do gry dochodzą nowe karty (podczas gdy inne bezpowrotnie znikają). Gdybym miał wymienić wszystkie rodzaje kart, musiałbym zaopatrzyć się w termos kawy przy pisaniu tej recenzji. Oj, jest tego cała masa! W dodatku w miarę uływu czasu, gra wprowadza nowe rodzaje komponentów i mechanik, jak np. figurka złodzieja, bazar, czy żetony.

Przykładowe karty miejsc na które możemy położyć naszego zwierzaczka

O co chodzi z tym całym fable? Owocowe Opowieści to tytuł, który absorbuje nie na kilka, czy kilkanaście, lecz na kilkadziesiąt wieczorów. Co prawda jedna partia, sama w sobie trwa krótko - ot, raptem niecałe 30 minut, lecz tuż po jej zakończeniu musimy zadecydować: rozpoczynamy od początku, przy użyciu tych samych startowych kart, czy też kontynuujemy opowieść i nie wracamy do kart które zniknęły z pola gry. 
Jeśli chodzi o nas, wybór był oczywisty - z miejsca wybraliśmy tryb fable, uruchamiający regularne rodzinne sesje i poznawanie coraz to nowszych mieszkańców owocowego lasu.

Ktoś zapyta? No dobrze, ale skoro karty są ułożone w kolejności, co z regrywalnością? Czy jesteśmy skazani na odgrzewanie tego samego hamburgera, z identycznie ułożonymi składnikami? Owszem. Jednak konia z rzędem temu, kto zdoła szybko przejść przez wszystkie karty miejsc (grube dziesiątki godzin!), a po rozpoczęciu nowej sesji będzie narzekał na powtarzalność i schematyczność. 

Zestaw żetonów rozmaitych - wchodzą do gry po uruchomieniu pewnych kart

Owocowe Opowieści nie ustrzegły się kilku wad, które uwidaczniają się już po pierwszych partiach. Pierwszą z nich jest losowość przy doborze kart owoców, które trafiają na naszą rękę. To, jaka karta do nas trafi ze stosu jest nie do przewidzenia. W ten sposób niektórzy gracze już w pierwszej turze mogą mieć zebrany komplet kart do stworzenia soku. Na szczęście gra stara się odpowiednio to balansować przez opcję bazaru, dającego możliwość draftingu, czy wielu miejsc, dzięki którym możemy karty wymieniać, przehandlowywać czy po prostu podbierać naszym oponentom.
Druga sprawa to punktacja. Niemalże w każdej partii wszyscy gracze kończą z identyczną liczbą punktów, za wyjątkiem zwycięzcy rzecz jasna. Niesłychanie rzadko zdarza się aby ktokolwiek zdobył mniej niż 3 soki, toteż w punktacji ogólnej posuwamy się do przodu wyłącznie po zwycięstwie. To, czy zdobędziemy drugie, czy trzecie miejsce jest bez znaczenia, gdyż zapewne tak czy siak będziemy mieć te 3 punkty.
Trzecia rzecz to konieczność przypominania sobie co właściwie dana karta nam daje. Przy nieustannie zmieniającym się miejscom na stole, musieliśmy regularnie zerkać na ich opis, co niestety skutkowało na przedłużeniu niektórych partii.

Małpką niestety grać nie możemy - ten huncwot to podstępny złodziejaszek! :)

Cieszy interakcja, w tym całkiem spora doza - jak na grę rodzinną - tej negatywnej. Grając w Fabled Fruit (tytuł angielski) będziemy mieli niejedną okazję aby popsuć szyki oponentom. Czynić to możemy na trzy sposoby - blokując wejście na pola (gracz płaci nam leśną daninę za wejście), usuwając miejsca na których przeciwnik chciał stworzyć sok, czy bezpośrednio - korzystając z często wrednych zdolności kart. Przestawianie kolorowych zwierzaczków po miejscach w celu osiągnięcia jakichś korzyści, jest również świetnym wstępem do gier z gatunku worker placement. Pod płaszczykiem niewinnej gry rodzinnej, kryje się portal do eurolandu, do którego powoli możemy zacząć wciągać naszych milusińskich ;)

Aby móc naprawdę dobrze bawić się w ten tytuł, musimy zebrać przy stole co najmniej 3 osoby. Dwuosobowe partie są nieco mdłe, mocno brakuje blokowania miejsc, oraz nie mamy możliwości stworzenia sojuszu w celu powstrzymania lidera przed ukończeniem ostatniego soku. Pięcioosobowe rozgrywki z kolei to włoskie uliczki w czasie festiwalu wina - ciasnota i nierzadko brak sensownych opcji w czasie naszego ruchu. Doprawdy, czasami nie mieliśmy gdzie się ruszyć, aby osiągnąć jakiekolwiek korzyści, co tak naprawdę doprowadzało do utraty kolejki.

Część zestawu operacyjnego, czyli z tego właśnie tworzyć będziemy wi.. soki! ;)

Czy Owocowe Opowieści mogą poszczycić się etykietą wybornego produktu? No, cóż zerknijmy!
W butli zmiksowano bajeczne, kolorowe wykonanie i stale zmieniający się las, dający heksylion możliwości. Proces buforowania surowca zaowocował fenomenalną regrywalnością, jednak nie obyło się bez kilku much które wpadły w czasie produkcji. Wymuszają one częste zerkanie na karty w celu przypomnienia sobie ich właściwości, oraz dorzucają losowość podczas ich pobierania. Szczęśliwie, jest to nieco później balansowane przez drafting. Bukiet zapachowy poszczycić się może emocjonującą rozgrywką, sporą interakcją i uśmiechami na twarzy po każdej skończonej partii. Pomimo tego, że negatywna interakcja potrafi nieźle namieszać, jeszcze ani razu nie zdarzyły się żadne utarczki słowne, czy narzekania, co w przypadku niektórych "rodzinnych" tytułów pojawia się u nas w zasadzie w każdej partii. OO to szybkie rozgrywki, zwłaszcza w pierwszych stadiach trybu fable, a także łatwe do ogarnięcia zasady. Reasumując, mamy tu do czynienia z jednym z najbardziej oryginalnych i wartych uwagi tytułów familijnych.

Owocowe Opowieści to niewątpliwie zacny, oraz wymykający się z ram szablonowości i pachnący oparami rewolucji tytuł. Friedemann Friese może zaliczyć kolejną porządnie skonstruowaną grę, a dzieci zacząć namawiać rodziców po sięgnięcie za portfele.

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Lacerta, za przekazanie gry do recenzji!


Wiek: od 8 lat
Ilość graczy: 2-5
Czas rozgrywki: 20-30 min.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz