niedziela, 15 lipca 2018

Do boju, Towarzysze! - recenzja gry

A więc stało się! Wraz z grupką innych straceńców trafiliśmy na front, gdzie przyjdzie nam dokonywać wielu bohaterskich... Oj, to chyba nie ta gra! Tutaj stawką a jednocześnie celem gry jest przeżycie. Zadanie niełatwe jako że kule śmigają nad głowami niczym pszczoły przy pasiece. Salwowanie się ucieczką nie wchodzi w rachubę, jako że przebywający tuż za nami komisarz ma niezawodny, ołowiany sposób na dezerterów!

Żywa imprezówka z wojskową nutą w tle

Przed rozpoczęciem zabawy każdy gracz wybiera jedną z 10 postaci z których każda posiada umiejętność specjalną. W komplecie otrzymujemy kartę będącą naszym avatarem na linii frontu, kartę zdolności, oraz tę na której zaznaczać będziemy aktualne punkty życia. Liczba początkowych punktów życia uzależniona jest od liczby graczy. Karty postaci rozkładamy losowo na linii frontu a między nimi umieszczamy talię Ataku oraz talię Akcji. W recenzji ograniczę się do minimum streszczając zasady, tymczasem dokładną wideo instrukcję zasad możecie znaleźć na kanale wydawnictwa Black Monk.

Graficznie bomba! :)

Uczestnicy rozgrywki otrzymują po 5 kart Akcji, które podzielone są na 3 kategorie:

Manewry
Wydarzenia
Ekwipunek

Na początku tury odsłaniamy górną kartę z talii Ataku, która powie nam która część frontu została ostrzelana/zbombardowana. Istnieje kilka rodzajów ataku. Jedne trafiają nieszczęśnika który znajduje się na samym przodzie, inne działają niczym granaty odłamkowe. Nie jesteśmy rzecz jasna bezbronni, dzięki kartom na naszej ręce i przeróżnym możliwościom jakie nam dają, a także zdolności specjalnej naszej postaci. W tym momencie gra wchodzi w etap przepychanek, uników i redukowania obrażeń, gdzie gracze będą starali się za wszelką cenę uniknąć obrażeń, a także - o zgrozo! - wepchnąć swoich kamratów wprost pod lecące pociski! W celu przypomnienia nam które miejsce lub miejsca zostaną zaatakowane używamy specjalnych kart celów. Zabawa kończy się w momencie gdy na linii frontu pozostaje wyłącznie jedna postać. Istnieje również szansa na to że zginą wszyscy :)

Przekierowywanie ataków na towarzyszy, czyli dzień jak codzień na froncie ;)

No dobrze, a zatem zaczniemy od marudzenia, jako że niektóre słowa od początku recki cisną mi się na usta (tudzież pod palce stukające w klawiaturę). Do boju, Towarzysze! daje możliwość rozgrywki dla nawet 8 osób, co w przypadku gry imprezowej nie jest jakimś specjalnym wyczynem, jednak tutaj raczej odradzałbym zabawę w 7-8 osób jeśli nie macie ochoty na stanowczo zbyt długie posiedzenie przy stole. Ponadto, przy rozgrywce w komplet osób na linii frontu zaczyna panować... totalny, niekontrolowany chaos, w którym pierwsze akcje i przemieszczenia nie mają większego sensu, gdyż kiedy do głosu dojdzie ostatnia osoba, sytuacja na placu boju w niczym nie będzie przypominać tej z początku tury, a nasze "plany" wezmą w łeb. Zresztą o żadnym większym planowaniu raczej nie możemy tutaj mówić. Negatywna interakcja kipi i wypryska bąblami niezgody i złośliwości, a na froncie... oj dzieje się! Jedni to pokochają, inni raczej niekoniecznie.

Kule śmigają, moździerze hukają, a my musimy jakoś to przetrwać

Zredukowanie liczby graczy powinno zadziałać wyłącznie na korzyść dla wszystkich. Przepychanki na linii frontu przybierają wówczas o wiele przyjemniejszą formę i nie przypominają walki o kawałek sera w kłębowisku szczurów, gdzie każdy gryzoń gryzie swych braci gdzie popadnie.
Pochwalić należy przede wszystkim za wydanie i tłumaczenia kart. Black Monk tradycyjnie już w niezwykle zabawny sposób podszedł do przekładu gry na język polski oraz nie omieszkał dorzucić polskich smaczków typu Rudy 102. W jednej kwestii wszyscy moi gracze byli niezwykle zgodni - każdemu z nas bardzo przypadł do gustu styl graficzny jaki możemy podziwiać w grze. A jak z regrywalnością? Tutaj sprawa się ma iście bombowo! 90 kart akcji, 10 różnych postaci i 38 różnych ataków sprawiają, iż żadna partia nie będzie taka sama (łączna liczba kart w zestawie to 165!). Zresztą, do kolejnych partii nie musiałem namawiać - moi gracze sami ochoto zaczęli rozkładać karty.

Moja ulubiona postać - Niedźwiadek Misza! :)

Do boju, Towarzysze! na półkach sklepowych zwraca uwagę przede wszystkim tematyką, a także samym tytułem. Podtytuł "Na wojnie nie ma przyjaciół" w zasadzie mówi o tej grze wszystko i przygotowuje na mocne bombardowanie negatywną interakcją i nieczystymi zagraniami, oraz mocnym chaosem na placu boju gdy gramy w większą liczbę osób. Jako ciekawostkę przytoczę jedynie fragment rozmowy ze znajomą recenzentką, która stwiedziła że w omawianym dziś przeze mnie tytule preferuje rozgrywkę w komplet graczy i utyskuje na... regrywalność, co stanowi całkowie całkowite odmienne stanowisko do mojego. Cóż, imprezówki są bardzo specyficzną kategorią, gdzie opinie na temat jednej gry mogą być niemal kompletnie rozbieżne. U mnie, mocna artyleryjska "siódemka z plusem" za ciekawe podejście do tematu, rozgrywkę, klimatyczne grafiki oraz świetne polskie wydanie.

Serdeczne podziękowania dla wydawnictwa Black Monk, za udostępnienie gry do recenzji!





Wiek: od 8 lat  
Liczba graczy: 2-8 
Czas rozgrywki: 20-60 min.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz